Kamiennogórzan można spotkać na najważniejszych wydarzeniach muzycznych w kraju i zagranicą. Nie jest to żadną nowością. Kilka(naście) razy w roku pakujemy się do naszego wesołego busa i jedziemy. Do Pragi, do Berlina, do Warszawy i wszędzie tam, gdzie głośno brzmi prawdziwy rock. Kilku słów o tym, dokąd dotarliśmy w 2013 roku.
Pierwszym, dużym, wyjazdowym koncertem był występ Slasha w Pradze. Zdecydowaliśmy się na Czechy (dzień później Amerykanie grali w katowickim Spodku) z uwagi na klubowe warunki sali w Pałacu Lucerna. Były gitarzysta Guns N? Roses wraz z zespołem towarzyszącym (w skład którego wszedł m.in. fenomenalny wokalista Myles Kennedy) zaprezentował tego wieczoru połowę klasycznego debiutu swojej macierzystej formacji i większą część promowanej właśnie nowej płyty "Apocalyptic Love" (album z serii ? ani jednego, słabego numeru). Klimat przypominał mi ten sprzed kilku lat, gdy w Lucernie oglądałem inną legendę rodem z USA ? Alice In Chains. Wszystkie produkcje koncertowe kapel zza oceanu wyglądają jednak bardzo podobnie ? muzycy wychodzą na scenę i przez półtora godziny dają z siebie wszystko. Żadnego nieprzemyślanego gestu, zero zbędnych dźwięków, prób, gadania. Tylko akcja-reakcja i pełny ogień muzyki puszczony w publikę. Zresztą Slash po "Apocalyptic Love" wszedł na poziom w rock?n?rollu dostępny dla niewielu (Motorhead?), a już na pewno daleko w tyle zostawił Axla Rose?a i jego odcinającą kupony prowizorkę gunsów. Nic dziwnego, że obydwa występy i polski i czeski były wyprzedane do ostatniego biletu.
1-szego marca we Wrocławiu oglądamy Deicide, kilka tygodni później w Krakowie Testament. 2-giego kwietnia we wrocławskim "Od zmierzchu do świtu" miało miejsce niezwykłe wydarzenie. W małym klubie wypełnionym po brzegi zagrała jedna z największych legend norweskiego viking-black metalu ? Enslaved. Zespół, w którego wykonaniu czczenie skandynawskich wierzeń, to nie sztuka, a prawdziwa religia.
W kwietniu, również w "Zmierzchu" mam okazję obejrzeć Nazareth. Jak się okazało, była to ostatnia okazja na zobaczenie działającej od 45 lat (!!!) grupy. Jakiś czas później wokalista Dan McCafferty zmożony fatalną kondycją i złym stanem zdrowia przerwał trasę i odszedł, co chyba równoznaczne jest z całkowitym zakończeniem przez Szkotów kariery. Moi bohaterowie jednak się starzeją. Listopadowy koncert Motorhead (niewykorzystane bilety nadal czekają na marzec!) został przełożony także z uwagi na zdrowie lidera ? Lemmy?ego.
19-tego maja oglądamy Septic Flesh ? jeden z black metalowych zespołów wszech czasów, który w odróżnieniu od tych wszystkich Satyriconów i Watainów nigdy nie popełnił muzycznego blamażu. Septic Flesh trzyma się mocno, jego dwa ostatnie albumy po prostu nie wychodzą z odtwarzacza. A we wkomponowywaniu orkiestry symfonicznej w metal taki Dimmu Borgir, to przy nich zwykli amatorzy.
Kilka dni później w Warszawie trwają dwie burze. Jedna medialna, druga normalna. Bowiem ze swoim horror show do stolicy przybywa sam King Diamond. Były wokalista duńskiego Mercyful Fate bez którego nie byłoby połowy współczesnego metalu, a na pewno niektóre jego odłamy nie miałyby tak widowiskowej formy i okultystycznej otoczki z lekką nutką kiczu. "Conspiracy" było, "Abigail" też, a na koniec "Evil" i "Come To The Sabbath". Stary heavy metal nadal ma się świetnie i dalej nie są to łaskotki.
Po Suffocation ruszamy kolejny raz do Warszawy na Impact Festival. Skład pierwszego dnia imprezy zobowiązywał. Trzeba było się na Bemowie stawić, bo nie codziennie jest okazja, aby jednego dnia obejrzeć taki zestaw.
W skrócie: Slayer pokiereszowany przez wyrzucenie Dave?a Lombardo i śmierć Jeffa Hannemana obronił się. Ale nie byłoby to możliwe bez Gary?ego Holta i Paula Bostapha, którzy odwalają teraz najcięższą robotę w zespole. Powrót do repertuaru z płyt nagranych z Bostaphem był strzałem w dziesiątkę. I jak zwykle zagrali "Angel Of Death", "South Of Heaven" i całą tą slayerową klasykę. Jedna z ciekawszych sztuk Zabójcy, jakie dane mi było widzieć. Rammstein odegrał niemal identyczny koncert "the best of", jak kilka ostatnich, które widziałem. Z tą różnicą, że do tej pory zawsze oglądałem R+ w halach, a tu pierwszy raz na pastwisku. Więc siłą rzeczy odnosiło się wrażenie, że w porównaniu do poprzednich, "trójwymiarowych" ten był tylko w "2D".

Mastodon jest jednym z najciekawszych (progresywnych) zespołów ostatnich lat, więc szkoda, że zagrali 20 min., a występ został brutalnie przerwany przez ulewę. Behemoth ? Nergal chyba powinien dostać zakaz występowania w Warszawie, bo tamtejsze powietrze niezbyt mu służy, a Airbourne kolejny raz dał popis "swojego AC/DC".

Prawda jest taka, że ja pojechałem tam przede wszystkim na Ghost B.C. Wydali drugi album (rewelacyjny), nikt aktualnie na świecie nie tworzy takiej muzy jak oni, ani tak się nie prezentuje ? dosyć efemeryczna, specyficzna kapela, która cóż ? jak szybko się pojawiła, tak szybko może też zniknąć, więc z wyjazdami na jej koncerty nie ma się co dłużej zastanawiać. Jeden z aktualnie większych fenomenów na rockowej scenie.
Dwa dni później ruszam do Berlina spełnić marzenie. Bo inaczej obejrzenia Rush na żywo nie można nazwać. Rush to dinozaur, który przetrwał wszystko (praktycznie w tym samym składzie). Do dziś dnia od pierwszej płyty wydanej w 1971 roku jest megagwiazdą. Zaczynał, jako kanadyjska wersja Led Zeppelin, do tego stopnia udana, że jej debiut można spokojnie postawić między "dwójką", a "trójką" zeppów. Jednak Rush od początku byli wizjonerami i chcieli czegoś więcej. Rozwinęli specyficzny hard rockowy, ale progresywny i do tego "metalizujący" (tak, w tym wypadku, to dobre określenie) styl. Kiedy w latach 80-tych muzyka grana na świecie zaczęła się zmieniać, oni również nie zostali w tyle. Z długich muzycznych opowieści przeszli do krótszych, okraszonych syntezatorami. Wszystko po to, by już w latach 90-tych powrócić, jako mocne, nowoczesne i przede wszystkim koncertowe "power trio", które trwa do dzisiaj w tej formie (szkoda tylko, że już nie nagrywają tak zachwycających płyt jak kiedyś).
Jest 6 czerwca. Berlińska hala O2 tak jakby... zapełniona do połowy. W ogóle nie czuć klimatu występów Rush zarejestrowanych na DVD czy na video w dawnych latach, tych kultowych obrazów z Rio czy ze Stanów, gdzie przecież na ich koncertach potrafi bawić się (i to dosłownie) nie raz i kilkadziesiąt tysięcy ludzi. No dobra, tu jest co najwyżej z pięciotysięczna publika. Stoimy na barierce w sektorze nr 2. Startują od "Subdivisions", jednego z najważniejszych ich numerów z lat 80-tych. Jest doskonale. W pierwszej części "epoka syntezatorowa", w drugiej odegrana w całości płyta "Clockwork Angels". I cóż. Chciałoby się posłuchać takich szlagierów, jakich na przełomie 4 dekad działalności mieli... ze 20? Tym razem nic z tego. Dopiero na koniec dostajemy "Red Sector A", "YYZ", "The Spirit Of Radio" i wreszcie "Toma Sawyera" z fragmentem "2112". Trochę to nie tak miało być, ale jednak Rush to Rush. Mogą już więcej w ogóle nie przyjechać, a już na pewno nie do Polski. Czyżby nasz rodzimy "Spirit Of Radio" na przestrzeni tych wspomnianych 4 dekad za słabo się starał z promocją?
11 czerwca, Hala Ludowa (czy tam) Stulecia, Wrocław. Dead Can Dance. W latach 90-tych zobaczenie ich na żywo było dla normalnego człowieka nieosiągalne. I tyle. Potem, jak przyjechali do Warszawy, myśleliśmy, że wydarzył się cud. A tymczasem okazuje się, że nawet Dead Can Dance live może być normą i można sobie ich obejrzeć np. we Wrocławiu. Co tam dużo pisać, dla niektórych koncert życia, a mieć możliwość i nie zobaczyć DCD, to po prostu bluźnierstwo.
Dzień po DCD, czyli w środę, otrzymuję telefon z pozytywną informacją. Otóż, okazuje się, że w piątek wiozę cztery przemiłe panie do Pragi na koncert Kiss, a moje nazwisko już znajduje się na liście gości i jakakolwiek odmowa nie jest możliwa. Więc "Rock And Roll All Nite" i ruszamy. Tradycyjnie polsko-czeski koncert w Pradze. O2 Arena wypchana do granic możliwości, stoimy w połowie drugiego sektora. Ścisk i wrzawa niemiłosiernie. W końcu w stolicy gra najważniejsza "czeska" kapela... I to nie są słowa rzucone na wiatr. Czesi kochają Kissów. Kolejny zresztą po Rush zespół obejrzany przeze mnie w 2013 roku, który z ogóle jakiś absurdalnych powodów nie ma szans zagrać w Polsce. Z bezpiecznej odległości oglądamy spektakl w pełni. Wszystko na scenie lata, biega i wybucha. Nieprzerwanie zresztą w tej maszynie od 40 lat. Gdzieś w tym wszystkich gubi się muzyka grana jakoś tak... spartańsko. Ale chyba też to na tym ma polegać, ma być wszak rock?n?rollowo, przecież jesteśmy na koncercie Kiss.
Po niecałym tygodniu jadę do Jaworzna spędzić miło czas na pierwszym dniu Metalfestu. "Miło" oczywiście w cudzysłowie, bo festiwal to istna komuna w porównaniu z naszym promowanym niestrudzenie od lat czeskim Brutal Assault. Żarcia nie uświadczysz, piwo za kratami pilnowanymi przez emerytów. Kat w pełnym słońcu, to był chyba jakiś żart. Accept z totalnie zepsutym nagłośnieniem i jedyny dobry koncert tego dnia ? Down. Jakoś mi Metalfestu nie żal, że go więcej nie będzie.
Na Castle Party Kat wreszcie wypadł tak, jak należy. Czyli po zmierzchu. A potem była już tylko Lacrimosa. Kolejny z tych zespołów, na które wybierałem się od jakiś 10 lat i o którego występie na CP rozmowy powracały wraz z każdą edycją festiwalu. Wreszcie się udało. Pssssst, w tym roku Moonspell.
Jedziemy do Pragi na Depeche Mode. Wiecie co? Z przyjemnością odpuściłbym sobie z 10 koncertów współczesnego DM za jedną, jedyną możliwość obejrzenia Dave?a Gahana z Soulsavers. Z którymi wydał bezapelacyjnie najważniejszą płytę swojego życia zaraz po "Songs Of Faith And Devotion".
Po tygodniu znów wracamy na ten sam praski stadion. Tym razem Iron Maiden. Zastanawiałem się długo, czy oni jeszcze... mogą. Po upalnym dniu wieczorem spadł deszcz. Ale nie taki normalny deszcz, tylko taki żywcem wyjęty z wietnamskiego epizodu Foresta Gumpa. Najpierw padł z góry, potem z boku, a na końcu miało się wrażenie, że pada nawet od spodu. Iron Maiden w odsmażaniu kotleta w swoich trasach po 8 latach dolecieli do roku 1988. Deszcz spowodował kilka anomalii drastycznych nawet jak na Czechy. Np. takich, że ludzie na trybunach zamiast tradycyjnie siedzieć, wcinać kiełbasy z popcornem i całość popijać piwem ? stali. Wysiadły telefony, aparaty fotograficzne, nikt niczego (wreszcie) nie nagrywał i nie raził fleszem po oczach. Mogliśmy się poczuć, jakbyśmy się cofnęli w czasie do najprawdziwszego koncertu Ironów z tego 1988 roku! I to był dopiero klimat! Tylko niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego i tak musieli dowalić do setu dwa numery z wydanej 4 lata później "Fear Of The Dark"...
Na Brutalu bez zmian. Metalowa biesiada ze stadem doskonałych zespołów na dwóch scenach przez 4 dni. The Fields Of The Nephilim na spółkę z Behemoth i tak przebili wszystko.
"Jesienią zawsze zaczyna się szkoła. A w knajpach zaczyna się picie." ? i klubowe koncerty. Na pierwszy ogień -New Model Army. Zespół Justina Sullivana ograł swoją ostatnią płytę (przecudowną!), co prawda kosztem kilku "hiciorów", ale i tak oglądanie ich na żywo, to zawsze wielka przyjemność.

Załapałem się na koniec występu Closterkeller. Jak się okazało, była to ostatnia okazja na zobaczenie grupy Anji Orthodox w starym składzie. A do Wałbrzycha przyjechał Fish. Przyjechał podobnie, jak NMA z doskonałą płytą, do której dołożył mnóstwo marillionowych klasyków i koncert nam się zrobił mocno wspominkowy i zarazem udany.
W Sali Koncertowej Radia Wrocław zagrała Anathema, a dwa dni później obejrzałem Moonspell na najlepszym ich koncercie, jaki w ogóle dane mi było kiedykolwiek obejrzeć. Halloween spędziliśmy z Katem, a Zaduszki ku chwale nieodżałowanego Chucka Schuldinera z Death DTA w Krakowie.
Wreszcie na koniec roku zagrali nam Behemoth, Marduk, Grave i wydarzyło się coś niesamowitego. Czekałem na ten koncert 2 lata. Za pierwszym razem dojechał sam Ozzy Osbourne. Ale teraz już musiało się udać. Nowy album, nowy Black Sabbath i do tego najgenialniejszy od 35 lat. Powrócili, zagrali, łezka w oku się zakręciła, a Tony Iommi tylko uśmiechał się tu do szalejącego Ozzy?ego, tu do Butlera, a i tak perkusista odwalił najlepszą część przedstawienia. Tak, zobaczyłem Black Sabbath (wreszcie). I w czerwcu robię powtórkę na francuskim Hellfeście. Cya.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze