Print

Brutal Assault 2013

Metalowy zjazd w czeskim Jaromerze zakończył się w nocy z soboty na niedzielę. Przesiedziałem na festiwalu łącznie 4 dni, w ciągu których obejrzałem kilkadziesiąt koncertów, kupiłem kilkanaście płyt, przybiłem piątki z takimi osobistościami, jak legendarny perkusista Slayera Dave Lombardo czy z muzykami grup Testament i Carpathian Forest. Na Brutal Assault 2013 działo się wiele ciekawych rzeczy.
Relacja poniżej.



O tym, że Brutal Assault jest największym świętem muzyki metalowej w tej części Europy, które odbywa się o przysłowiowy rzut beretem od granicy pisać już chyba nie muszę. Jak ważne jest to wydarzenie dla Polaków też wspominać nie trzeba – owszem można sobie pojechać na niemiecki Wacken i wydać na niego kilka tysięcy euro, ale po co jeśli pod nosem ma się merytorycznie identyczny (chociaż wiele mniejszy) fest za korony, czyli jeszcze nas na niego stać. Brutal Assault to już nie tylko zresztą muzyka, ale całe zjawisko kulturalne składające się z kina, sklepów, pubów, restauracji, imprez na polu namiotowym itd. Na 4 dni w roku zabytkowa twierdza, w której jeszcze do lat 90-tych stacjonowało radziecko wojsko zamienia się w tętniące życiem 15-tysięczne miasto.

Początek festiwalu na dobre miała rozkręcić w założeniu pierwsza i ostatnia gwiazda środy – klasycy amerykańskiego metalu – Testament. Stało się jednak inaczej, gdyż przed nimi zagrała czeska formacja Malignant Tumour i w jednej chwili Testament spadł z piedestału koncertów ściśle wyczekiwanych. Czesi po prostu skopali tyłki swoją rock’n’rollową interpretacją thrashu, hardcoru i brzmień Metalliki z czasów "Kill’em All" czy też Motorhead granego kilka razy szybciej i brutalniej. Do tego oczywiście należy wspomnieć o samym pirotechnicznym show, w którym wszystko na scenie wybuchało i latało w powietrzu.

Testament mimo kłopotów z dźwiękiem (domena zespołu i jak się niestety okazało zmora tegorocznej edycji BA) zagrał okrojony, godzinny, poprawny koncert, który w większości składał się z dwóch ostatnich i najlepszych ich zarazem płyt – "The Formation Of Damnation" i "Dark Roots Of Earth". Oglądałem Testament kilka miesięcy temu w Krakowie i jakoś odniosłem podobne wrażenie, że testamentowe granie z lat 80-tych już nie broni się tak mocno, jak współczesne dokonania, których produkcja i brzmienie bije na łeb te wszystkie nowe metalliki, megadethy i inne takie.

Obok Testament w czwartek zagrał Anthrax, a w piątek Overkill, czyli na BA zafundowano nam w opozycji do "wielkiej czwórki" - "małą trójkę" thrash metalu. Zresztą wszystkie 3 koncerty były znakomite, mimo że zespołom (nie dotyczy Testament) zarzuca się archaiczne brzmienia, że ich największe dokonania przypadły na lata 80-te i przebłyski znakomitych karier już mają za sobą, to jednak niejedna młoda, thrashowa kapela mogłaby spokojnie brać z dziadków wzór, jak należy zagrać energiczny metalowy gig. 

Kliknij tutaj, aby zobaczyć więcej zdjęć

Szczególną uwagę zwrócił na siebie Anthrax, najweselsza i najbardziej heavy metalowa załoga z całej trójki. Widziałem ich ostatnio w ramach festiwalu Sonisphere, gdzie wraz z innymi zespołami chamsko zepchnięto Anthrax do roli supportu Metalliki, w związku z czym nie mieli możliwości zanadto się popisać. Na BA za to dali pełnego czadu, a wokalista Joey Belladonna – chwilami miałem wrażenie, jakby na scenie stał nieodżałowany Dio...

Do setów Testament, Anthrax i Overkill, które po raz kolejny dowiodły, że thrash powrócił w wielkim stylu i nadal ma się świetnie, zabrakło tylko jakiegoś ukoronowania na koniec w postaci Death Angel, Exodus, albo nawet Slayera (co prawda był Voivod, który przegapiłem, ale oni i tak już dawno odlecieli w swoje mocno psychodeliczne rejony). Właśnie, może na XX edycję festiwalu za 2 lata się uda się ściągnąć ten największy thrashowy band ever (Slayer, Slayer...)?

Teraz coś dla tych, którzy uważają, że relacje są stronnicze, subiektywne i nieobiektywne. Tak więc stronniczo, subiektywnie i nieobiektywnie stwierdzam, że dwa najlepsze koncerty tegorocznego BA zagrali bezapelacyjnie Fields Of The Nephilim i Behemoth. Obydwa zespoły zresztą dziwnie się "stykają" i paradoksalnie do siebie pasują. Tu Bebe zrobi cover Fieldsów, tam Ner zaśpiewa z McCoyem (zresztą w branży mówi się o wzajemnej sympatii obydwu panów), nie zdziwiłbym się gdyby mimo wyraźnych różnic stylistycznych zagrali kiedyś wspólnie trasę albo w przyszłości zrobili razem coś ciekawego.

Fields rozpoczęli od "Mourning Sun", czyli ostatniego jak do tej pory albumu (sprzed 8 lat…), a potem poleciały równo "przeboje" sprzed lat na czele z "Moonchild", "From The Fire" czy "Trees Come Down". Było krótko, ale treściwie i satysfakcjonująco przywalili tym swoim heavy gothic metalem.

Przed występem Behemoth rozmawiałem z ludźmi, którzy ostatni raz na koncercie Nergala i spółki byli w jakimś 2008 roku albo zatrzymali się w czasach, gdy Behemoth nagrywał płyty z serii "Satanica" i "Thelema.6" i był jakąś tam niszową, polską kapelką. Po koncercie padło tylko "o czym my tu w ogóle rozmawiamy" – toż to absolutny wskok do pierwszej, światowej ligi. Efekty, światła, nagłośnienie, wszystko na najwyższym poziomie. Sam nie wiedziałem za bardzo czego się spodziewać, gdyż na Impact Festival w czerwcu wypadli dosyć blado (brak Inferno na bębnach i "gwiazdorzenie na pastwisku w Warszafce" zrobiły jednak swoje), ale tutaj na Brutalu pełna kultura – najlepszy czas dla headlinera dnia, zmrok który pozwolił zobaczyć pełen spektakl pozorowany trochę na czarną mszę, to wszystko sprawiło, że aż mam ochotę powtórzyć za księdzem Bonieckim "dajcie spokój Nergalowi" – można gościa lubić lub też nie, ale nie można w żadnym wypadku nie liczyć się z faktem, że facet stoi na czele obecnie jednego z najważniejszych zespołów metalowych na świecie. Behemoth zagrał jeden nowy utwór (odsyłam do youtube), który znajdzie się na płycie zapowiedzianej na początek przyszłego roku.

Więc jeśli ma być stronniczo, subiektywnie i nieobiektywnie, to teraz będzie o rozczarowaniach. Dwa największe dla mnie to Ihsahn i Opeth. Temu pierwszemu już chyba tylko powrót jego rodzimego Emperor jest w stanie pomóc (Emperor będzie na Wacken 2014, może na BA też uda się go ściągnąć?). Nie wiem, czy była to wina Leprous, z którym Ihsahn wspólnie wystąpił (koszmarna grupa z koszmarnie wyjących wokalistą), czy może repertuaru – kilka lat temu zagrał materiał z rewelacyjnych "The Adversary" i "AngL", teraz skupił na ostatnich, wiele słabszych nagraniach. W każdym razie bardzo słaby koncert, źle nagłośniony i w ogóle straszna pomyłka.
Na Opeth w ogóle nie miałem ciśnienia, bo wg mnie zespół Akerfeldta po prostu nie nadaje się na okrojone, festiwalowe sety. To muzyka do klubów, do grania długich, progresywnych, podzielonych na części koncertów dla wymagającej publiczności. 6 utworów, z czego każdy był z innej parafii, np. obok prog-rockowych, spokojnych utworów tłukli takie "Deliverance" czy Ghost Of Perdition", a to naprawdę nie służy spójnemu i dobremu w odbiorze koncertowi.

Co jeszcze ciekawego wydarzyło się na Brutalu? Szkoda, że organizatorzy zamiast pochwalić się w godzinach szczytu swoimi czeskimi, kultowymi zespołami typu Hypnos czy Master, puścili je na sceny w nieludzkich, popołudniowych porach, gdy większość ludzi jeszcze spała albo leczyła kaca czeskim piwem we wszystkich otwartych całodobowo knajpkach na mieście.

Z ostrej jazdy bez trzymanki na pewno trzeba wspomnieć znakomite Carcass i Entombed. Hatebreed to też ogień – a cover Slayera w ich wydaniu cóż… Lepiej niż oryginał? Norweski, surowy black metal reprezentowany przez Carpathian Forest okazał się lekko przereklamowany. Żadnej rewelacji nie było, spektakularnego show również (za to było okrutne dla uszu, przesterowane na maxa nagłośnienie), to samo można powiedzieć o Szwedach z Marduk. Na plus na pewno oceniam Primordial (kurcze, zawsze mi to takim The Cure zalatywało…), Malevolent Creation i Dying Fetus – dwa ostatnie to technicznie i świetnie odegrana stara szkoła death metalu. Na czym polega fenomen zespołu Gojira poza tym, że Francuzi grają często przed Metalliką na jej trasach pojęcia nie mam, więc się nie wypowiem, tak samo o Meshuggah. In Flames i Amorphis… Pierwszy to po prostu metalowe disco polo (Czesi uwielbiają takie granie), a drugi jakoś ciężko mi zaklasyfikować. Parę “hitów" mają, więc szkoda, że zagrali tylko jeden i to na sam koniec. Koncert Orphaned Land został zepsuty przez burzę. Na sam koniec zostawiam sobie przyjemność napisania o Alcest – moim ulubionym zespole ostatnich czasów. Grają i wyglądają coraz lepiej, więc może niebawem (na co liczę) będzie ich można oglądać, jako headlinera, a nie jako support np. takiej Katatonii, jak to miało miejsce w ub. roku w warszawskiej Progresji.

Brutal Assault, wracamy za rok!

Kliknij tutaj, aby zobaczyć więcej zdjęć