Print
Lubawka - sesja rady - Sławomir Sławiński

Lubawscy samorządowcy zapisują się na kartach historii. Dzisiaj (czwartek, 28 grudnia) omal nie wezwali saperów, a z mównicy padały nowe słowa. Efektem sesji będzie prawdopodobnie sądowy proces.

 

Składając sprawozdanie ze swojej działalności, burmistrz Ewa Kocemba mówiła o świątecznym spotkaniu zorganizowanym w ratuszu. Poinformowała, że zostało ono zorganizowane z funduszy pracowników urzędu i autor pewnej strony nie musi już o to pytać. Wkrótce okazało się, że chodzi o „jegomościa” nielegalnie prowadzącego stronę (według burmistrz), z którym wygrała już dwa procesy. Burmistrz zapowiedziała, że od stycznia na stronie urzędu publikowane będą sprostowania. Przy okazji wyjaśniła, że „jegomościa” nazywa „gnodyga”. Pytana przez nas w przerwie, nie chciała wyjaśnić, co to słowo znaczy. Możemy się tylko domyślać, że początek słowa pochodzi od nazwy gnom, czyli postaci upierdliwego krasnoluda, bardzo czasem złośliwego. Możliwe, że końcówką -dyga to nawiązanie do słowa dziadyga. Określenia powszechnie uznawanego za nieco deprecjonujące, pogardliwe, jednak po staropolsku dziadyga to po prostu dziadek do orzechów. Czy zatem burmistrz chodziło o gnoma dziadygę, czy też dziadka do orzechów w kształcie niewielkiego gnoma, brzydkiego krasnoludka? A może nowe słowo ma inne pochodzenie?

Wypowiedź przerwała przewodnicząca Wanda Zabiegło, argumentując, że nie dotyczy informacji o pracy burmistrza między sesjami. Przeciwko takiej ocenie argumentowała zastępca burmistrza Bożena Kończak, ale E. Kocemba zmieniła temat.

Z treści całego wystąpienia można się domyślać, że burmistrz kolejny raz, poprzednio uczyniła to miesiąc temu na sesji listopadowej, mówiła o Henryku Kmieciku, który zresztą był obecny na sesji.

Kolejna afera związana z byłym posłem wybuchła, gdy ten opuścił salę obrad, ale pozostawił na niej tablet, prawdopodobnie nagrywając obrady. Urządzenie wyniósł Sławomir Sławiński, dyrektor MGOK-u. Po interwencji radnych Piotra Wiktorowskiego i Andrzeja Ptaszkowskiego sprzęt wrócił do swoje miejsce. Tablet wywołał awanturę. Sławomir Antoniewski obawiał się, że w pozostawionych rzeczach mogą być materiały wybuchowe. P. Wiktorowski uspokoił, że to tylko sprzęt nagrywający. Przewodnicząca W. Zabiegło poprosiła o opinię radcę prawną, a ta uznała, że sprzęt trzeba zabezpieczyć, jako mienie porzucone. S. Sławiński ponownie wyniósł tablet. Kilkanaście minut później urządzenie wróciło na salę razem z H, Kmiecikiem. W przerwie doszło do słownej utarczki między byłym posłem a radnym Arturem Sarzyńskim.

Do ostrej wymiany zdań doszło nawet przy odczytywaniu sprawozdania z rocznej pracy poszczególnych komisji. S. Antoniewski nie podał frekwencji, uczynili to wszyscy przewodniczący komisji, na swojej komisji. Stwierdził tylko, że była niewystarczająca i stąd część niepotrzebnych pytań zadawanych na sesji. Przewodnicząca uzupełniła sprawozdanie i okazało się, że np. radny Mirosław Antoniszyn uczestniczył we wszystkich posiedzeniach. S. Antoniewski zadał pytanie o to, ile razy radny się spóźnił lub wyszedł wcześniej.

Wynikiem sesji będzie prawdopodobnie proces sądowy. Po wymianie zdań z Andrzejem Ptaszkowskim S. Antoniewski zażądał przeprosił jeszcze podczas dzisiejszej sesji, w przeciwnym wypadku zapowiedział pozew. Wypowiedź dotyczyła przyczyny niestałości sympatii politycznych radnego. Przeprosiny nie padły.