aktualne informacje z powiatu kamiennogórskiego

Brutal Assault 2015

Brutal Assault 2015 przebiegał pod znakiem upałów sięgających 40. stopni. Wręcz nieludzkie warunki skutecznie uniemożliwiały nam oglądanie i fotografowanie większości koncertów odbywających się w godzinach popołudniowych, ale mimo wszystko wybrnęliśmy z tego… jakoś. O tym, jak przeżyliśmy dwudziestą edycję BA słów kilka.



Było ciężko. „Wiem, że było ciężko! Osiemnaście filmów mi było ciężko!” – cytując klasyka. Osiemnaście występów na setkę obejrzanych w 4 dni w takim ukropie (temperatura w nocy docierała do „jedynych” 28. stopni), to i tak osobisty sukces. Każdy, kto sądzi inaczej powinien smażyć się z nami pod sceną niczym w piekle, bo chyba nie ma pojęcia o czym mowa.

Brutal Assault, gdyby ktoś jeszcze tego nie wiedział, to największy i najlepszy festiwal muzyki ekstremalnej w tej części Europy i do tego dla Polaków. Tak, dokładnie – dla Polaków. Raz, że na „Brutala” mamy wyjątkowo blisko (ok. 30 km z granicy w Kudowie, 40 km z Lubawki), to jeszcze o takiej imprezie w naszym kraju możemy tylko pomarzyć i raczej pomarzymy jeszcze z kilkadziesiąt lat. Pewnych sposobów finansowania, a przede wszystkim mentalności nie przeskoczymy, niestety. Dlatego rodacy Brutal Assault szturmują tłumnie i spędzają czas tam wyjątkowo „po polsku”. Było to chyba ostatnim zamiarem, o jakim myśleli czescy organizatorzy 20 lat temu, gdy rozpoczynali swoją przygodę z BA, no ale tak jest.

Nervosa, fot. Henryk Michaluk

Ta edycja, prócz pogodowej anomalii, przyniosła jednak parę rozczarowań. Przede wszystkim Brutal nie brzmi. Kłopoty z nagłośnieniem były zmorą, normalnie pomyślałbym, że aparatura przegrzewała się na śmierć, ale przecież zdarzało się to już wcześniej. Jeśli Czesi nie dojdą do odpowiednich wniosków i wreszcie nie zrobią z tym porządku, to nie wróży nic dobrego. Przerobiłem tam takie atrakcje, jak „studnię” na trybunce, bas od którego drżą uszy, werbel jaki pozostaje w głowie jeszcze na długo (dosłownie) i ostateczny blamaż, na jaki skazany został Napalm Death ze słyszalnym jedynie wokalem i perkusją na dwóch ostatnich numerach. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać, przynajmniej nie na taką skalę.

Brutal Assault 2015

Druga sprawa, to lineup: owszem zabójczy, ale to standardowy zestaw, jaki krąży aktualnie po wszystkich trasach i festiwalach w Europie. Dodatkowo, niektóre z zespołów występowały na wcześniejszych BA nawet i parokrotnie. Przydałby się tutaj jakiś headliner z jajem, tak jak rok temu przytrafiło się to ze Slayerem, bo tym razem takiego jednorazowego strzału zabrakło.

Środę rozpoczęliśmy od niby pożegnalnej trasy Nuclear Assault. Spora dawka klasycznego thrash metalu w starym wydaniu – czyli adidasy, czupryny i podarte dżinsy porzucone dla brzuchów piwnych, ale i tak thrashowej energii w łojeniu może im pozazdrościć wielu.

Triptykon, czyli trzecie po Hellhammer i Celtic Frost wcielenie Thomasa Gabriela Fischera i czy ostatnie - tego nie udało się z niego wyciągnąć (cały wywiad niebawem), oglądałem kolejny raz na trasie promującej „Melana Chasmata” (czyżby jednej z najlepszych płyt wszech czasów?). I było standardowo – co prawda, nagłośnienie trzewi nie wyrywało, jak na Hellfeście, ale firma Toma G. Warriora poniżej pewnych standardów nie schodzi. Czyli klasyk „Procreation” na dzień dobry i lecimy. Niesamowita Vanja Šlajh nadal na basie „słodko pręży się przegina” i Warrior wydziera się w piekłogłosy. Apokalipsa trwa przy „Goetia” w najlepsze („Satan, savior, father, lord, constructor of my world.”), potem znów repryza Celtic Frost w postaci wielkiego „Circle Of The Tyrants” i zaczynamy ucztę z „Melaną” przedzieloną „Messiah” Hellhammera – od którego wszystko się zaczęło. Krótki, treściwy, satysfakcjonujący, ale też trochę przewidywalny występ potężnego projektu.

Triptykon, fot. wakor

Soulfy, Sepulturę (i jeszcze Cavalera Conspiracy do kompletu brakło) dziwnie ogląda się na jednych i tych samych festiwalach, zważywszy na fakt, że wszystkie te składy lecą na legendzie starej Sepultury (cóż, takich płyt, jak „Roots” czy „Chaos AD” nikt z nich już nie nagrywa), żyją z odcinania z niej kuponów i grają wiele jej rzeczy (kilka standardowych, oczywiście powtarzających się…). Tak było i tym razem, chociaż jakościowo półka wysoka, to nie miałbym nic naprzeciwko, żeby wreszcie się dogadali i zrobili coś porządnego wszyscy razem.

Katatonia. Nagłośnienie zepsute od pierwszych chwil. To znaczy, nie było takiej tragedii, jak rok temu, ale jeśli przyjechali poprawić złe wrażenie, to nie do końca się to udało. Przynajmniej wybrnęli solidnym zestawem utworów w pakiecie z „Ghost Of The Sun”, „My Twin” czy „July”. Reszta bez zarzutów.


Mayhem. Tu naprawdę nie wiem, o co chodzi, bo na przemian oglądam ich raz w formie szczytowej, a potem dla odmiany w lekko żenującej. Tu mieliśmy do czynienia z tą pierwszą, bo nie może być inaczej, jeśli koncert w ramach rocznicowej trasy (30.lecie największej legendy norweskiego black metalu) zaczyna się od „Deathcrush”. Reasumując: wszystkie elementy awangardowe były, w tym Attila Csihar obowiązkowo poprzebierany i odprawiający hamletowski dialog zza ołtarza z atrapą ludzkiej czaszki (a może to jednak nie jest atrapa?). Przelecieli po całej mayhemowej klasyce dobijając do punktu programu, czyli „De Mysteriis Dom Sathanas” i „Freezing Moon”. Świetne to, to było, niemniej bardziej bawiło, niż straszyło.

Mayhem, fot. wakor

Czwartek, Arcturus. Jedni kochają, inni nienawidzą. Mnie trochę zirytowały te klawisze na chama kojarzące się z taką „płaszczyzną” żywcem wyciągniętą z jakiś niszowych, progresywnych wąsaczy lat 80. Na szczęście po chwili na scenie pojawił się Enslaved z solidną odtrutką wiking-metalową. Bloodbath był kapitalny. Od początku mam takie wrażenie, że to projekt założony przez kilku starych kumpli, którzy postanowili sobie death metalowo pohałasować, oderwać się od dołujących klimatów w swoich macierzystych kapelach i przez to w finale powrócić do korzeni. I to się im w pełni udało, a Nick Holmes tylko sobie przypomniał, jak należy śpiewać. I po części też jak prowadzić własną twórczość, czego efektem jest najlepsza płyta jego Paradise Lost od lat, jak również płyta roku 2015.

Bloodbath, fot. wakor

Cannibal Corpse. Prestiż ciągle im się umacnia, czego dowodem był dobry gig i tym razem. Brzmienie na duży plus, łojenie łbem na okrągło przez George’a Fishera (jak on może to robić przez bitą godzinę, skoro „nie ma szyi?”) z „Make Them Sufler” i „Hammer Smashed Face” w tle. Kreator odpuściłem (podkuszony głupią zasadą – widziałem mnóstwo razy, więc pora na coś nowego, czego jeszcze nie widziałem) na rzecz Agalloch na małej scenie i to był błąd. Amerykanie męczyli strasznie, podczas gdy Niemcy (wg relacji niektórych) dali idealny show. Uroki festiwali cd.

Kreator, fot. wakor

Przy Sunn O))) zeszliśmy z tego łez padołu. Dosłownie. Raz, że drone metal w środku nocy po całodziennym użeraniu się z afrykańskim klimatem, to kiepska propozycja, a dwa że Sunn O))) na żywo wysadza w inny wymiar, to inna kwestia. Chociaż momentami faktycznie brzmią, jak „agregat od prysznica”, to zobaczenie ich na żywo robi duże wrażenie. Może tak kiedyś wspólna traska ze Swans? Pasowaliby idealnie.

Piątek zaczęliśmy od Brujerii – „Marihuana” była, spokojnie. Potem Primordial. Momentami za sprawą zawodzeń wokalisty czułem się, jakbym oglądał pagan metalowy The Cure. Obecność Napalm Death na Brutalu to tradycja. W końcu, to najbardziej „czeski” death-grindowy twór ever, szkoda tylko, że tym razem bez osobników skaczących po scenie, co jest normalne na ich klubowych koncertach, stąd polecam je bardziej. Wspominałem wcześniej, że wysiadło im na końcu nagłośnienie. Barney nic sobie z tego nie zrobił – zdzierał gardło dalej. Mega profesjonalizm.

Od Metalmanii 2008 zastanawiam się, na czym polega fenomen The Dillinger Escape Plan i do tej pory tego nie rozumiem – nie tyle samej muzyki, co ludzi, dla których jest to takie zjawiskowe. A może jest. Nie wiem, nie znam się, nie wypowiem się, bo dwa najważniejsze zespoły dla mnie miały dopiero nadejść. Szczęśliwie Candlemass został przeniesiony z małej sceny na dużą (wskoczył w harmonogram na miejsce odwołanego Killing Joke) i dobrze się stało, bo tam jest jego właściwe miejsce – w końcu to prekursor doom metalu, kult jakich mało! Trochę ubolewałem, że z grupy wyleciał Robert Lowe, bo to był idealny wokalista na właściwym miejscu, ale co zrobić. Wszelkie wątpliwości ucinam - Mats Levén daje radę, a „Epicus Doomicus” jest nadal „Metallicus”. Zagrali przekrojowy koncert z cyklu „the best of” z obowiązkowymi „Bewitched”, „At The Gallows End” finalnie zmierzając do korzeni – „Solitude”. Candlemass, to podobnie, jak Death historia muzyki. A w aktualnym wcieleniu zwanym Death DTA w składzie z Genem Hoglanem i Stevem Di Georgio, to wirtuozeria i mistrzostwo death/thrash metalu w jednym. Oglądałem ich na poprzedniej trasie z płytą „Human” w tle i ujmę to tak – zmiana perkusisty i gitarzysty zdecydowanie wypadła na plus. Teraz odkurzają album „Symbolic” na jego dwudziestolecie – bardziej komercyjne wcielenie Schuldinera, jeśli można to tak ująć. Death DTA to nie jest żaden coverband. To kontynuacja tej tragicznej, ale inspirującej muzycznej przygody. Zapotrzebowanie na te sztuki jest ogromne, odgrywane są one z olbrzymim zaangażowaniem (wyraz frajdy na twarzach Hoglana i Di Georgio jest wyraźny), a wyczekiwanie przez publiczność, cóż… głód tych dźwięków przez lata był nieprzeciętny. Wszystko to składa się na niezwykły efekt takiej wzajemnej radości z grania, jak i słuchania. Więc co to komu przeszkadza. Panowie w kulki nie lecą, zaczynają od „Philosophera” i potem jest już tylko lepiej. Przy „Symbolic” i „Crystal Mountain” wprost serce pęka, że można znowu tego materiału słuchać na żywo i do tego wystawianego przez tak zacne grono muzyków. Serce niby z metalu, a pęka, dziwne.

Brutal Assault 2015

Sobota należała do jednego bandu. Przewidywalnego wprawdzie, jak jasna cholera, ale co z tego, skoro wszyscy czekają i najlepiej bawią się przy… Do tego dojdziemy. Sólstafir – nudzą cudownie, wszyscy czekają na słynną „Fjarę”, atmosfera piknikowa trwa. Cradle Of Filth nie dało się oglądać, więc ewakuujemy się na małą scenę na Dead Congregation. Generalnie totalna rozwałka. Jeszcze tylko At The Gates i… Jeśli ktoś odpuścił koncert w Czechach zaczynający się od słów: „Polacy, jesteście?”, to popełnił błąd, bo Vader przygotował się specjalnie pod Brutal Assault. Matko Broszko, co to był za morderczy zestaw: otwieracz „Wings” zabrzmiał, jak na Metalmanii w 2003 roku, a „Silent Empire” jak z "Live In Japan" sprzed lat. „Cold Demons”, „Carnal”, „Dark Age”, „Sothis” i między tymi starociami rzeczy z ostatniej płyty „Tibi Et Igni”- w ogóle nie było czuć między nimi dystansu, różnic lat. Vader, obok Death DTA zagrał (jak dla mnie) najlepszą sztukę Brutal Assault 2015. Amen.

Na koniec anegdotka podsumowująca „najgorętszy” festiwal metalowy czasów nam współczesnych. Gdy gnaliśmy na Triptykon, do auta przez okno wpadł nam szerszeń. Mieliśmy na pokładzie 8. pasażera Chamskiego Busa. Kolega załatwił go celnym ciosem butelką piwa. Historia zatoczyła koło, a duch Gigera jakby nadal był między nami.

Brutal Assault 2015

 

Add comment

Pamiętaj aby przestrzegać Regulaminu dodawania komentarzy

Security code
Refresh