Drukuj

Castle Party 2015

W dniach 16-19 lipca na bolkowskim zamku odbyła się kolejna edycja festiwalu Castle Party. Jak zwykle udana, przynajmniej jako przegląd mody i imprezy samej w sobie, jednak w tym roku wiele słabsza pod względem koncertowym. Zapraszam do relacji.



Castle Party, to mainstream, stały i obowiązkowy epizod na festiwalowej mapie Europy. To nie ulega wątpliwości. Odpuścić Bolków, to jak nie spotkać się ze starymi przyjaciółmi, to jak nie zapoznać się z wieloma, niedostępnymi nigdzie indziej muzycznymi wynalazkami. Wersja 2015 przyniosła kilka niespodzianek: zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.

Na zamek dotarliśmy w piątek, czyli w drugi dzień imprezy, kiedy odbywały się już koncerty na dużej scenie. Trochę szkoda odpuścić było „czwartek” w starym kościele ewangelickim (ciepłe recenzje zebrały zarówno rozpoczynający, czeski Carpatian Castle (widziałem ich niedawno we Wrocławiu – pozycja obowiązkowa dla fanów XIII. Stoleti), jak i kończący Artrosis (a to już historia polskiego rocka), ale taki jest urok festiwali, że nie da się fizycznie zobaczyć na nich wszystkiego, na co człowiek miałby ochotę. Umiejscowienie dwóch miejsc koncertowych w Bolkowie stwarza kilka dylematów – obydwa są od siebie w znacznej odległości, a zazwyczaj interesujące wydarzenia odbywają się na nich równocześnie. Więc zostaje albo wybieranie, co bardziej warto w danej chwili obejrzeć i co za tym idzie, bieganie przez cały Bolków lub kategoryczne odpuszczenie sobie któregoś z nich. Ja wybrałem to ostatnie względem małej sceny, mimo że działo się tam sporo ważnych, metalowych rzeczy. Ominąłem w ten sposób Thaw, Mord’a’stigmata czy Extinct Gods albo industrialną Job Karmę. Szkoda, ale z drugiej strony wszystkie ww. zespoły bardzo często są np. we Wrocławiu, gdzie można je oglądać w wiele lepszych warunkach, niż w przerabianej na kilka dni w roku na klub sali gimnastycznej (bo taką funkcję zwykle pełni ten kościół).

Castle Party

Za to w piątek popołudniu stała się rzecz niebywała – bo jak to możliwe, że najlepszy koncert jedynego goth-festu w Polsce dał Percival Schuttenbach, który ma tyle wspólnego z tą estetyką, co Bracia Figo Fagot z death metalem, których cover po mistrzowsku zresztą zrobili w tej wersji. Niesłychanie zdolni ludzie z tych Percivali, kilka lat temu po show w kościele w ramach CP rozmawiałem z liderem Mikołajem Rybackim, upierdliwie pytając go, kiedy wreszcie zagrają na dziedzińcu zamku, bo tam jest ich właściwe miejsce. I stało się, bo udowodnili moją tezę w 100%. Świetny, energetyczny, trochę wyreżyserowany, trochę improwizowany spektakl. Tłum ludzi pod sceną i przede wszystkim doskonała zabawa w tej przedziwnej kombinacji folku, metalu i kabaretu. Percival Schuttenbach jeszcze sporo namiesza na rodzimym gruncie.

Castle Party

Post-progresywny Antimatter po opętanym show Percivala nie miał prawa porwać. Co to w ogóle był za pomysł, żeby twórcy klimatycznej „muzyki nocy” występowali w pełnym słońcu i upale, które skutecznie zakłóciły odbiór, mimo że sztuka została wystawiona bardzo profesjonalnie.

Inkubus Sukkubus to legenda goth gatunku, która zasłużenie po tylu latach do Bolkowa dojechała. Chociaż muzyka sprzed dekad i dziś się tak nie gra, to miło było sobie odświeżyć zmierzchłe czasy audycji Beksińskiego, w których swego czasu słuchało się i tego zespołu. Było bez rewelacji (Inkubus Sukkubus i ich irytujący automat perkusyjnyna tle nowych rzeczy już się nie broni), tyle dobrego, że Candia Ridley nadal trzyma się świetnie, a przecież bez niej nie byłoby połowy gotyckiego, kobiecego rocka typu: Closterkeller, Nightwish, Within Temptation...

Castle Party

Merciful Nuns, czyli następne wcielenie Garden Of Delight – przynajmniej nazwę mogliby mieć nieco mniej kojarzącą się z The Sisters Of Mercy, bo to był 1:1 ten klimat z oczywistą domieszką… The Fields Of The Nephilim i The Mission, bo jakżeby inaczej. Było po niemiecku – precyzyjnie, ale wtórnie i mało oryginalnie. Na zakończenie piątku - L’ame Immortelle, gotycka dyskoteka pełna energii, na której w końcu ludzie zaczęli się bawić pierwszy raz od Percivala, czyli jednak tego brakowało.

Sobota upłynęła pod szyldem dwóch headlinerów - Wardruny i Paradise Lost. Jednak zanim to nastąpiło - H.Exe. Nareszcie jakiś cios i łomot. Wszystkie electro duety typu „laptop i pan śpiewający” powinny zobaczyć, jak trzeba produkować taką muzykę. Żywa perkusja jednak robi swoje, jestem pełen uznania, a Rammstein może mieć niebawem poważną konkurencję, jeśli wszystko pójdzie tym torem. Co do gwiazd wieczoru – tydzień temu byłem na Obscene Extreme w Czechach, gdzie jak powszechnie wiadomo są zespoły grindocore’owe, hardcore’owe, death/thrash metalowe – jednym słowem kapele, które zbytnio o brzmienie nie dbają, bo i po co przy takich dźwiękach mają to robić? Grają na jednej i tej samej perkusji, nie mają żadnych prób, a między występami jest jakieś góra 10 minut przerwy. I brzmienie festiwalu ma jakość płyty kompaktowej. Dlatego nie mam pojęcia, co w przypadku obydwu złotych strzałów Castle Party 2015 nie wypaliło. Wardruna jest teraz na niesamowitym topie, fakt. To co –ex norwescy black metalowcy zrobili ze ścieżką dźwiękową do „Wikingów” można porównać chyba tylko do tego, jak Clannad w latach 80. idealnie wkomponował się w serial „Robin Of Sherwood”. Więc niech mi ktoś wytłumaczy, jak można było tak strasznie położyć im nagłośnienie? To samo spotkało Paradise Lost. Grupa Nicka Holmesa od dawna nie była już żadną rewelacją. Zmienił to dopiero wydany w tym roku album „The Plague Within”. Nie wiem, kiedy ostatnio słyszałem przebój w sensie „przebój”, czyli coś co z definicji powinno wdzierać się w mózg i sprawiać, że człowiek chce do tego wracać na okrągło przez kilka tygodni, proces technicznie zwany „zapętleniem jednego utworu”. To niesamowite, ale Paradise Lost udało się to w tym roku za sprawą „No Hope In Sight” – takiego singla mogłaby pozazdrościć cała ta ferajna od każdego Tiamatu czy Moonspella poczynając. Dlatego tym bardziej czekałem na Paradise Lost, żeby posłuchać mojej ulubionej płyty 2015 roku live. Ale chyba uzbroję się w cierpliwość do jesiennej trasy, bo koncert na Castle został także położony od względem brzmienia. Nie będę się wypowiadać, nie jestem specjalistą od nagłaśniania imprez, ale stojąc z lewej strony sceny słyszałem głównie wokal i perkusję z pominięciem gitar, basu. Gdyby nie problemy z nagłośnieniem, to zarówno Wardruna, jak i Paradise Lost mogliby być jednymi z największych osiągnięć wszystkich zamkowych festiwali do tej pory, bo całej reszcie ich opraw i produkcji nic nie brakowało. Jednak do tego nie doszło. Wardruna dosłownie wyłaniała się z mroku, był to występ bardzo statyczny i monotonny, więc w zupełności dostosowany do materiału, jaki znamy z płyt „Runaljod – gap var Ginnunga” i „Runaljod – Yggdrasil”. Paradise Lost prócz promocji doskonałej „The Plague Within” postawił na energię i melodię – ze staroci dostaliśmy chociażby takie „Say Just Words”, „Enchantment” czy „Gothic”, czyli absolutną klasykę tego typu grania z lat 90., od której w sumie cały ten gotycki metal się rozpoczynał.

Castle Party

Po tym zestawie właściwie nie było już czego zbierać. W niedzielę obejrzeliśmy tylko Psyche i The Frozen Autumn. Ten pierwszy na żywo prezentujący się zresztą bardzo ciekawie, szczególnie za sprawą sprawnego frontmana, jakim jest wokalista Darrin Huss. Zapowiedziana pogoda nie wróżyła nic dobrego, więc zawinęliśmy się z Bolkowa, bo następnego dnia na drugim końcu Polski czekał na nas kolejny koncert. O Juno Reactor mogę napisać tylko tyle, ile sam wiem z opowieści – mianowicie, że zagrał na pobojowisku, jaki zostawiła za sobą burza. Na Castle Party z pewnością wrócę za rok, a całemu festiwalowi życzę dobrego nagłośnienia, mądrzej ułożonego lineupu i jeszcze większej ilości dobrych zespołów – bo tego w tym roku zabrakło.

Castle Party