Drukuj

Obscene Extreme

Obscene Extreme, czyli największy zlot maniaków grindcore’u, hardcore’u, crustcore’u i death/thrash metalu w tej części Europy odbył się kolejny raz – los nie chciał inaczej – w czeskim Trutnovie na „Bojišti”, czyli w dosłownym tłumaczeniu „na polu bitwy”. OBF od lat odnosi zwycięstwa na festiwalowych frontach świata i nic w tym dziwnego. Obscene Extreme słynie z doskonałej organizacji, zespołów, a przede wszystkim z zabawy, jaka ma tam miejsce.



Właściwie, to rzetelną relacją należałoby podzielić na dwa oddzielne rozdziały. Pierwszy, poświęcony festowi samemu w sobie, drugi koncertom, które odbyły się w jego ramach. Obscene Extreme, to zjawisko. Jego infrastruktura zajmuje teren starego amfiteatru, scena nie jest odgrodzona od publiki żadną barierką. Każdy może na nią wskoczyć i dokonać aktu stage divingu. Oczywiście, obowiązują restrykcyjne zasady tego procederu pilnowane przez ochronę. Na scenie można pobawić się 5 sekund, a potem centralny wypad w tłum, który ochoczo wszystkich nurków łapie. Grindcore, to nie jest black metal, gdzie pomruki oglądają koncerty stojąc na baczność (albo wcinając kiełbaski popijane piwem na trybunach, co ostatnio jest częściej spotykane). Przez 4 dni w Trutnovie panuje moshpit. Ubiory zaczynają się od strojów kąpielowych, a na kończą na kostiumach dla dzieci, kaftanach bezpieczeństwa i fartuchach chirurgicznych dla szyku splamionych czerwoną farbką. Wszędzie latają gumowe zabawki i przyrządy z sex shopów.

Browary Gambrinus i Radegast leją się hektolitrami, od czasu do czasu gdzieś zapachnie marihuana. Ogólnie, na tą imprezę nie przyjeżdża nikt normalny (ostateczny przesiew robi cena karnetu rzędu 1500 koron, więc przypadkowej publiki się tam nie zazna), ale cała ta zgraja jest tak wesoła, tolerancyjna i sympatyczna, aż ciężko w ogóle w to uwierzyć w Czechach (jedynym kraju na świecie, w którym coś takiego może mieć miejsce), a co dopiero wyobrazić sobie taki cyrk na terenie naszego, jakże smutnego na tym tle kraju. Ani razu nie widziałem w okolicach czeskiej policji, ochrona nawet nie interweniowała. Zresztą kończąc tą część relacji i przechodząc do następnej muszę coś oświadczyć – ostatecznie rezygnuję ze wszystkich muzycznych spędów na terenie Polski (chyba, że wreszcie pojawi się coś profesjonalnego). Po prostu nie ma to już większego sensu, po co się za każdym razem denerwować.

Na Obscene Extreme dotarliśmy w czwartek i z miejsca dostaliśmy energetyczny występ brazylijskiej Nervosy – najlepiej wyglądającej thrash metalowej kapeli w dziejach gatunku, bo w skład wchodzą 3 ładne dziewczyny, które no… pełny thrash metal a’la Destruction, nie ma się do czego przyczepić. Potem nastąpił szwedzki death metalowo-grinde’owy potop w postaci General Surgery. Hirax chyba specjalnie przedstawiać nie trzeba. Klasyk thrashu na poziomie Exodus czy Overkill, z charyzmatycznym, obwieszonym pasami z nabojami Katonem W. de Peną, który trochę przypomina filmowego Kanangę z bondowskiego „Live And Let Die”. Kolejny równy i udany występ. Po amerykanach z Broken Hope przyszedł czas na kolejne legendy rodem z USA - Terrorizer LA (to ten sam Terrorizer od „World Downfall”, tylko w nieco innym składzie), Pig Destroyer i headlinnera – Obituary. Tu akurat zasada pierwszeństwa zadziałała idealnie, bo Obituary zmiażdżył. Wreszcie można było ich obejrzeć o odpowiedniej godzinie, z pełnym oświetleniem i nagłośnieniem, wypadli rewelacyjnie, a byłem przekonany, że dobrego występu Obituary w ramach jakiegokolwiek festiwalu już nigdy nie doświadczę.

Skład tej edycji OBF był z wysokiej, metalowej póły. Zrobiłby się z tego niemal mały Brutal Assault, gdyby nie jeden czynnik – publika OBF nie bardzo te death czy thrash metalowe rzeczy trawi, co było widać po zabawie pod i na scenie na poszczególnych zespołach. Np. w sobotę na takim Rompeprop pełna furia, a już na występujących po nich Vital Remains nastroje ostygły. VR zaczynali na OBF europejskie tour, które kilka dni później zahaczyło m.in. o Poznań. Chociaż skład VR zmienia się dosyć często i dotkliwie (najlepszym, jaki zarejestrowałem był ten z Metalmanii 2007), to Tony Lazaro nadal stoi na czele jednej z najbardziej brutalnych załóg death metalu. We włoskim Bulldozer nie zmieniło się nic od 2011 roku i ich pamiętnej, polskiej trasy z Azarath i Witchmaster. Czyli łysy AC Wild nadal w stroju wampira wydziera się zza poplamionej czerwoną farbą mównicy. Ten nieco groteskowy styl do oldschoolowego thrash metalu pasuje, jak pięść do nosa, ale niech im będzie, nie każdy musi mieć wizerunek, jak Slayer.

I najlepszy show piątku, czyli japoński S.O.B., który epatował taką energią, że nie było już po nim czego i kogo zbierać, więc zawinęliśmy się na granicę do domu. Sobota należała do dwóch zespołów – pierwszym z nich był holenderski Thanatos – jednym słowem potęga. Death metalowy walec mocno podsycany z jednej strony Slayerem, z drugiej riffami a’la Black Sabbath, granymi jednak z nieokiełznaną prędkością i mocą. Pakiet tych dwóch łysych i dwóch długowłosych gości na scenie robi niesamowity „sajgon”, który każdemu polecam. Drugi zespół zagrał, jak dla mnie najlepszy koncert tej edycji OBF, a był nim niemiecki Protector. Siermiężny, prosty, żeby nie stwierdzić prymitywny i doskonały w każdym calu. Nad materiałem z "Golem" nadal unosi się stary duch Venom i Motorhead, w tym zakresie nic się nie zmieniło.

Obscene Extreme był jednym z najlepszych festiwali pod względem klimatu, na jakim w życiu byłem. Może nie ma na nim dziesiątek tysięcy ludzi i setek kapel z pierwszej ligi (albo całego Disneylandu, jak na Hellfeście), ale widać, że to nie jest potrzebne ani do szczęścia, ani do rozkręcenia jednej z najfajniejszych imprez na koncertowej mapie Europy.