aktualne informacje z powiatu kamiennogórskiego

Helfest 2015 fot. Wakor

Ponad trzy i pół tysiąca wykonanych zdjęć, kilkadziesiąt obejrzanych koncertów i bardzo bliskie spotkania z muzykami Faith No More, Tribulation, Motorhead albo Scorpions w pressroomie, czy na konferencjach prasowych. To z grubsza bilans kolejnej naszej wizyty we francuskim Clisson. Tak w dniach 19-21 czerwca relacjonowaliśmy dla polskich mediów najlepszy, muzyczny festiwal, jaki aktualnie odbywa się na świecie – byliśmy na Hellfest 2015.



Przeprawa z Polski na Hellfest (równe 1666 km z wrocławskich Bielan), to duże przedsięwzięcie logistyczne. Najtańszą i najwygodniejszą formą wyjazdu na festiwal jest nasz „Chamski Bus”, z którego usług podróżniczych tym razem skorzystało dziewięcioro totalnych maniaków. Bo jak nazwać inaczej ludzi, którzy przez ponad pół roku planują trasę, organizują karnety i w finale dostają 22. godziny szalonej jazdy w jedną stronę. Jak zawsze sam Helltrip przeszedł zgodnie z ustaleniami i za rok na pewno też się odbędzie – więc już możecie rezerwować miejsca.

Na Yellow Campie zameldowaliśmy się w czwartek wczesnych rankiem, kiedy jeszcze nie było tłumów (Hellfest to impreza na ok. 130 tys. ludzi), co zaowocowało fajną miejscówką w cieniu drzew. Było to dosyć istotne, bowiem temperatura w dzień w tej części Francji (ok. 50 km od Oceanu) potrafi spokojnie dojść do 35. stopni.

Pierwszym obejrzanym występem była nieco wyblakła legenda kilku przebojów z lat 80. - Billy Idol. I z miejsca sympatyczne zaskoczenie, bo Billy się nie rozmienia na drobne i wraz z muzykami towarzyszącymi dał zwykły heavy metalowy koncert. Zagrali „Rebel Yell” i „White Wedding”, więc można było powspominać lata świetności filmów oglądanych z kaset VHS, a na koniec cover „L.A. Woman” uroczo przerobiony na „Hellfest Woman”. Artysta niby sentymentalno-wspominkowy, a jak miło dla oka i ucha było go posłuchać.

Na konferencji prasowej Motorhead pojawił się tylko perkusista Mikkey Dee, który okazał się przesympatycznym i rozgadanym rozmówcą. Dziennikarze głównie pytali o mający mieć premierę w sierpniu nowy album „Bad Magic” i o obchody 40.lecia grupy. I tutaj jest mały zgrzyt, bo rozjazd między obecną formą Motorhead na żywo, a w studio jest olbrzymi. Na płytach wszystko jest idealne, ale oglądanie Lemmy’ego w aktualnym stanie zdrowotnym w pełnym słońcu było dość dziwnym doznaniem. Niby legenda i kult absolutny, ale to na pewno nie to samo, co jeszcze 5-10 lat temu. Identyczny spektakl z kosmetycznymi zmianami w setliście wydziałem w listopadzie w Berlinie. Ścisk pod sceną maksymalny, bo każdy chce być jak najbliżej guru rock’n’rolla, zabawa przednia, ale moc bijąca od Lemmy'ego nie taka, jakiej należałoby się spodziewać. W każdym razie, to są najpewniej ostatnie okazje, żeby Motorhead podziwiać na żywo w ogóle…

Alice Cooper za to pełna klasa. Pozycja obowiązkowa dla każdego na koncertowej mapie świata. Show został odstawiony - były wszelkie możliwe efekty i najważniejsze utwory – i krzesło elektryczne, i gilotyna, i pielęgniarka zombie. Specjalną uwagę trzeba zwrócić na gitarzystkę Alice’a – niejaką Nitę Strauss, która gra tak, jak wygląda.

W piątek klubowe sceny należały do Mastodon i Satyricon. Pierwsi dowalili chyba jak do tej pory set życia, nie odpuszczając przez ani sekundę, a co do drugich, to zaczynam mieć poważne wątpliwości. Oglądałem Satyricon w kwietniu w Warszawie, gdzie prezentowali się, jak jakiś naćpany Opeth. Tymczasem na Hellfest podobnież, jak na Brutal Assault rok temu wszystko jakoś potrafiło być dopięte na ostatni guzik. Czyli moc, potężne brzmienie i prawdziwy, norweski black metal. Stąd wniosek, że Satyricon stał się typową grupą festiwalową, gdzie mają wyjść i zaprezentować się bez zbędnych manier.

Satyricon tym razem dostał ode mnie żółtą kartkę (mimo benefisu, który był niemal idealny), bo po 5. utworach ruszyłem na Judas Priest. Ot, takie prawo festiwali – a Hellfest dla normalnego człowieka przypuszczam, że jest nie do ogarnięcia nawet w 20%, jeśli chodzi o zobaczenie całości, której by się chciało. Judas Priest pokazał standardowy, festiwalowy, bo pozbawiony kilku utworów (w tym dłuższej wersji perkusyjnego wstępu do „Painkiller”) gig. Za to pojawiło się kilka rzeczy z najnowszego albumu „Redeemer Of Souls”, na którym na stałe zadomowił się Richie Faulkner – co zresztą słychać i bardzo dobrze, bo to totalny przypływ świeżej krwi do tego heavymetalowego giganta.

I po Judas Priest na dobranoc przyszło coś, co rozwaliło piątek w zupełności, czyli Slipknot. Można ich nie lubić z płyt (chociaż ostatnia „The Gray Chapter” jest doskonała), ale live, to jest mistrzostwo świata. Dekoracja w ogniu, dwie windy z zestawami bębnów po bokach sceny obracają się i wznoszą to w górę, to w dół. Corey Taylor i reszta zamaskowanego bandu szaleją wraz z publicznością do ostatnich resztek potu. Tak w skrócie wyglądała kolejna i ostatnia tego dnia pozycja obowiązkowa na koncertowej mapie świata (swoją drogą self-made termin „pozycja obowiązkowa na koncertowej mapie świata”, w pełni oddaje sedno sprawy w przypadku takich scenicznych zwierząt).

W sobotę na main stage show zaczął AC/DC na sterydach, czyli Airbourne. Dla jednych takie szarpanie strun nie ma większego sensu („ale to już było i nie wróci więcej”), za to zdecydowana większość chłonie ten power i energię chłopaków bez większych wątpliwości. Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators, bo tak brzmi pełnoprawna nazwa projektu, zagrali kolejny taki sam koncert, jakich kilka widziałem, czyli były 4 numery Guns N’ Roses, jeden Velvet Revolver i genialna „Anastasia”, która spokojnie mogłaby być hiciorem na miarę największych gunsów, gdyby tylko ukazała się gdzieś w pierwszej połowie lat 90. Myles Kennedy to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jest o niebo lepszym wokalistą niż Axl Rose, a jego interpretacje, to zupełnie nowa jakość, a nie antyjakość, co w chwili obecnej oferuje ten drugi.

Obejrzenie Body Count było niemożliwe z powodu ilości chętnych. Czyli zapotrzebowanie jest olbrzymie i pewnie jeszcze nieraz pojawi się okazja, żeby to nadrobić. Killing Joke zobaczyłem pierwszy raz od 12. lat. Trochę szkoda, że nie wyszli na którejś z mniejszych scen, bo main stages na Hellfeście, to prawdziwe molochy, na których odbiór bardziej niszowych rzeczy staje się zbyt „sonispherowy”. ZZ Top smęcili i brzdękali sobie ten swój blues rock, tymczasem ja ustawiłem się na Faith No More. Ci akurat dostali zimny kubeł wody na łeb na konferencji poświęconej płycie „Sol Invictus”, średnio udanej i raczej wiele niżej ich możliwości. I nawet tłumaczenia w stylu „mamy po 50 lat i możemy nagrać to, na co mamy ochotę, a płyta powstała z pasją” niewiele na jej bladym tle pomagały. Nieważne, bo z FTM jest inny problem. Wystrój na biało i dekoracje kwiatami rodem z zakładu pogrzebowego – może i bajer, ale i tak zbędny, gdyż te ceremonie są najzwyklej nudne. Chyba, że odtwarzają materiał typu „Angel Dust” czy „We Care A Lot”, bo wtedy przynajmniej bawi się publiczność. Do tego wszyscy wiedzą, że Billy Gould wielkim basistą jest i udowadniać tego nie trzeba, więc dlaczego bas miał tak fatalne brzmienie, co maksymalnie zepsuło cały efekt. Nagłośnienie na tych w sumie sześciu hellfestowych scenach to kolejna zagadka. Były rzeczy, które zabrzmiały jak spod igły, ale były też i takie, których po prostu nie dało się strawić.

Na Scorpions stałem w oczekiwaniu na Marilyna Mansona, twórcy jak na razie dla mnie albumu roku 2015. Scorpions, którzy podobnie jak Judas Priest jeszcze z jakieś 10 lat będzie lecieć pożegnalną trasą (w tym roku obchodzą mocno naciągane 50.lecie twórczości) zagrał standardowo. I tylko te zbliżenia na niewiasty płaczące na „Wind Of Change” były mocno irytujące. Marilyn Manson za to wypadł nijako (w przeciwieństwie do Satyricon, powinien może występować jedynie w klubach, nie na festiwalach). MM poprosił o odśpiewanie happy birthday dla gitarzysty i został olany w klasyczny sposób w jaki Francuzi na co dzień idealnie potrafią zbojkotować język angielski. Co kraj, to obyczaj.

Niedzielę tradycyjnie rozpocząłem od mszy. Czarnej mszy z udziałem wariatów ze szwedzkiego Tribulation. Oj, ten zespół – tu jest pomysł na band, który jeszcze będzie wielki. Identyczne przeczucie miałem, gdy kilka lat temu pojawił się Ghost. Tribulation jest w Polsce bardzo popularny po ostatniej trasie z Behemoth, co chłopakom uświadomiłem siedząc z nimi na piwie w Press Area. Są pod skrzydłami Century Media, może jeszcze jeden album na miarę promowanego właśnie „The Children Of The Night” i coś z tego będzie, bo jeszcze są wypuszczani na festiwalach o zabójczej porze typu 11:40, gdzie dają występ półgodzinny – ale za to jaki. Kapcie spadają same, najlepsze tradycyjne zimnofalowe, black metalowe i nutka Celtic Frost, oto kwintesencja Tribulation, więc może być już tylko lepiej.

Na tej edycji festiwalu swoje 5 minut miał też thrash metal. Anthrax niestety odwołano, ale w jego miejsce wskoczył Sodom, który wątki wietnamskie w metalu ma jak Oliver Stone w kinie. Exodus tym razem nie zamordował. Cholernie brakuje Gary’ego Holta i Roba Dukesa, który był dla mnie wokalistą idealnym w Exodus, a płyty nagrane z jego udziałem, to najlepszy okres w ich dziejach. Skrzeczący niemiłosiernie a’la 80. Steve „Zetro” Souza, to olbrzymi krok wstecz dla zespołu, bo dziś thrash metalu tak się nie robi (a w zasadzie nie powinno się). Nuclear Assault wypadł bardzo sympatycznie, przede wszystkim dzięki sztajfowskiej urodzie muzyków, ale widać dla oldschoolowego łomotu botoxu nie potrzeba.

Cavalera Conspiracy, czyli jedyne słuszne wcielenie kapeli znanej niegdyś, jako Sepultura kopie, ale wyłącznie w repertuarze ww. bandu, który kiedyś był wielki, a pogrzebany został żywcem (ponoć zmartwychwstał, ale ta rezurekcja bez braci Cavarela w składzie nigdy mnie nie przekonała). Rewelacyjny występ za to dał Life Of Agony!!! Niezbyt piękny mężczyzna Keith Caputo przeobraził się w niezbyt piękna kobietę zwaną Miną Caputo, ale głos pozostał ten sam, co w końcowym efekcie wyglądało dość ciekawie. Mina kawałki LOA odśpiewała wraz z ludźmi bawiąc się z nimi w fosie (takiego kontaktu z publicznością, to ja już dawno nie widziałem) i popłynęła znów ta wspaniała muzyka lat 90. – „River Runs Red” i „Ugly” swego czasu zakatowałem jeszcze z kaset.

Samael zaczął ogrywanie rocznicowej trasy „Ceremony Of Opposites”, czyli coś, co jesienią w całości zobaczymy na kilku koncertach w Polsce. PS. Szykują się bardzo udane, listopadowe wieczory. At The Gates odpuściłem z powodu fatalnego brzmienia, za to Saint Vitus po prostu klasa sama w sobie, mimo że muzyka sprzed ‘100 lat’, to nadal trzyma się piorunująco.

Dobra, czas na prawdziwe misterium, czyli największe ciosy tegorocznego Hellfestu. Triptykon powalił, a nagłośnienie miał takie, że w trzewia człowiekowi sam diabeł wchodził przy „Circle Of The Tyrants”. Triptykon minus ma zaledwie jeden – „Melana Chasmata” jest arcydziełem nie do przeskoczenia, a współczesne wcielenie Warriora z zabójczą Vanją Slajd na basie, to tak piękny etap jego kariery, że nie wierzę, aby chłopu jeszcze w życiu coś tak ekstremalnie wspaniałego się przytrafiło. Ten Triptykon był w ogóle jednym z najlepszych koncertów, jakie w życiu widziałem.

I w finale Superjoint Ritual. Nie no od razu wiadomo było, że to będzie miazga, bo jeden jedyny show na świecie, Anselmo i te sprawy, ale to, co zobaczyłem przeszło ludzkie pojęcie. Wieśniaki z południa Stanów zagrali wszystko od death, thrash metalu, Pantery, Down, crossover i hardcore’u w pigułce. Nie mam więcej pytań, dziękuję.

Jakieś 30 godzin później byłem już w domu po szczegółowej kontroli na polskiej granicy. Jedyne narkotyki, jakie przy sobie posiadam, to muzyka, więc policyjny pies nawąchał się tylko mojej tabaki, co nie wyszło mu na zdrowie. Hellfest, co będę powtarzać z uporem maniaka, to najlepszy festiwal na świecie. Zbierajcie pieniądze (niestety to nie bardzo jest impreza na polskie kieszenie, ale co zrobić, skoro tutaj nigdy czegoś podobnego nie będzie), bo niebawem znów ruszy sprzedaż biletów na przyszłoroczną edycję, a wyjazd z Polski na pewno zrobimy, więc każdy chętny będzie mógł pojechać i sięgnąć absolutu wśród letnich zjazdów.

Add comment

Pamiętaj aby przestrzegać Regulaminu dodawania komentarzy

Security code
Refresh