aktualne informacje z powiatu kamiennogórskiego
Brutal Assault 2017

Krążąc ostatnimi czasy po europejskich festiwalach, doszedłem do wniosku, że nasz ukochany Brutal, który nadal wynoszę na piedestał, zaczął pomału już zostawać za nimi nieco w tyle. Formuła kręci się głównie wokół kilku tych samych, sprawdzonych, powtarzających się z roku na rok zespołów, ceny na nim poszybowały niebezpiecznie w górę, wreszcie w miejscu, które jest akustycznie optymalne, z paru kapel można było wyciągnąć wiele więcej względem brzmienia. To wszystko nieważnie, gdy Brutal Assault doszedł do stopnia zlotu tak kultowego, że i jego dopadł „sold out”. Tym samym, podczas edycji 2017 chwilami miałem wrażenie, jakbym przyjechał na jakiś metalowy Woodstock. Ciężko określić, czy to dobrze czy źle w momencie, gdy nadal jesteśmy na najlepszym feście na świecie! Publika dopisała mistrzowsko, pogoda wręcz przeciwnie, line-up różnorodnie. Zapraszamy do przeczytania relacji z Brutal Assault 2017!

 


Poniedziałek, 7 sierpnia, 21:30, Wrocław, parking przed Aquaparkiem. Bus zapakowany namiotami, śpiworami pod sufit. Tak ze stolicy Dolnego Śląska rusza jedna z pierwszych, brutalnych ekspedycji. Na miejscu po serii wizyt na stacjach benzynowych lądujemy w okolicach północy. Jest przeraźliwie zimno i wita nas dwóch czeskich Schwarzeneggerów w radiowozie z informacją o zakazie parkowania. Hola, hola, ja tu nic nie parkuję, wysadzam ludzi, jadę dalej. Chyba coś nie wierzyli, bo bacznie obserwowali całą sytuację wypakunku załogi (gdyby ona była chociaż czymś dziwnym na tym terenie), która dzień później nie zajęłaby swojego corocznego legowiska. To efekt najazdu prawdziwych tłumów. Cóż, nieskalana opinia i 21. udanych edycji zrobiło swoje – karnety na Brutal zostały całkowicie wyprzedane.


Wróciłem w środę na pierwszy oficjalny dzień. Spotkaliśmy się z Blitzem, wokalistą Overkill, celem przedstawienia mu kolegi, który w 1987 rok był świadkiem ich pierwszego koncertu w Polsce. Blitz nie krył radości na samo wspomnienie milicyjnej pały, którą kilkukrotnie po tamtej Metalmanii wg legend oberwał. Sam Overkill zaprezentował pierwszą ligę amerykańskie thrashu – czyli złoił skórę niemiłosiernie, chociaż siermiężnie i jednostajnie. Tam pierwsze skrzypce gra wokal – Blitz mimo 58 lat na karku ma posturę i warunki 16.latka, może to właśnie zasługa tej czarodziejskiej pały z PRL-u?


Master’s Hammer – jeden z największych powrotów tego roku. Zagrają jeszcze kilkukrotnie: w Czechach klubowe sety, 15 grudnia wystąpią na specjalnym festiwalu Behemoth „Merry Christless” w Warszawie. Czy warto odhaczyć? Kult jakich mało, można wymieniać ich jednych tchem obok… A czytaliście w ogóle „Ewolucję kultu”? Image typowo czeski (w tym zatrważająca koszulka Pink Floyd?) w zestawieniu z oldschoolowym black metalem i szopkowym satanizmem – powiem wprost: to było TO. Aż dziwne, że Master’s Hammer w Polsce głównie znany jest dzięki coverowi „Jáma Pekel” Behemoth, którym to utworem zresztą występ zakończyli. Piękny show, na który wielu czekało latami.

Brutal Assault 2017 - Swans

Bathuski można nie lubić z płyty za operowanie opracowanymi schematami melodyjnego black metalu, ale to jeden z tych projektów, które całkowicie inaczej odbiera się na koncercie. Oprawa a’la Ghost, liturgiczne szaty, światła, czaszki i reszta tej oprawki robi zdecydowanie pozytywne wrażenie. The Dillinger Escape Plan – od Metalmanii 2008 marzyłem, żeby móc ten fenomen zrozumieć. Nie uda mi się to chyba nigdy, ale sama końcówka ich setu coś mi uzmysłowiła – tak nie gra żaden inny zespół na świecie. I w tym momencie chciałbym przenieść się w czasie do dnia następnego. Widziałem kilka lat temu Swans w praskiej Lucernie. 3 i pół godziny przesterowanego naparzania stawiającego znak zapytania, czy to jest jeszcze muzyka. Głos boga, metafizyka, Michael Gira i jego szaleństwo w geniuszu. Na scenie Metal Gate w czwartek było bardzo podobnie – na pierwszy plan wjechały wzmacniacze Orange’a i orkiestra chaosu dowodzona przez Girę. Było ciężko, głośno, w oparach krautrocka i lat 70. Było doskonale. Środę skończyliśmy przy odgłosach Wolves In The Throne Room, niestety dobiegających nas do namiotów, bo występ rozpoczął się o 2 nocy, a w czwartek…

Brutal Assault 2017

Trzeba było oszczędzać siły – padł rekord ciepła, którego pełna moc była do odczucia nawet o 11 rano na brazylijskiej Nervosie. Ja wszystko rozumiem, wściekły thrash na pełnym chamie z Ameryki Południowej - musi być gorąco, ale aż przy 35 stopniach? Potem było tylko gorzej. Na Cryptopsy, który zaprezentował całą paletę technicznych możliwości death metalu, pochowaliśmy się w brutalowych piwnicach. Wynurzyłem z nich nosa na Samael, ale że disco-metal w takich warunkach nadal nie jest priorytetem moich zainteresowań muzycznych, toteż odczekaliśmy do headlinera festu, którym był zapowiedziany z rocznym wyprzedzeniem Emperor.


To był mój trzeci i ostatni Emperor w tym roku. Każdy był diametralnie inny – na Hellfest kameralny na małej scenie, przy dużej scenie Wacken czułem się, jak w filharmonii. Na Brutalu wrażenie najmniejsze – to było po prostu odegranie w całości albumu „Anthems To The Welkin At Dusk”. Kto wie, czy nie najważniejszej płyty w dziejach black metalu zaraz po „De Mysteriis Dom Sathanas” Mayhem, który również odegrał swoje kompletne dzieło na BA 2 dni później. Swoją drogą set szalonych Norwegów z Mayhem był najlepiej nagłośnionym w dziejach Brutala 2017. Wracając do Emperor i ich „Hymnów” – było tylko jeszcze jedno takie dzieło – Death "Individual Thought Patterns” – gdzie w niecałej godzinie muzyki jest tyle dźwięków, przejść, metalowej progresji, że nagranie czegoś takiego wydaje się niemożliwe. A co dopiero odegranie na żywo z pamięci. Dlatego oddając Cesarzowi, co cesarskie dla Emperor należy się pełny szacun na metalowej dzielni.

Brutal Assault 2017

Opeth – stare płyty uwielbiam, nowe retro nieco mniej. Dlatego setlista z m.in.:„Ghost Of Perdition”, „Demon Of The Fall”, „Heir Apparent”, „The Drapery Falls”, „Deliverance” w pakiecie, czyli z czołówką klasyki progresywnego metalu, który wysadził z siodła np. taki Dream Theater – to było absolutnie to, choć bardziej z sentymentu, niż prawdziwego oddania. Niestety przy ostatnim utworze moja połowica postanowiła amputować soczewkę z mojego oka przy procesie rozkładania parasola, więc z widocznością ½ doczekałem końca Opeth i zwinęliśmy się. Taki to był czwartek.


W piątek za to „zaczęło padać i nie przestało przez 4 miesiące. Doświadczyliśmy każdego możliwego rodzaju deszczu. Były małe kapuśniaczki i wielkie ulewy. Deszcz zacinający z boku i taki, co padał jakby z dołu w górę.” Tyle z cytatów, a tak naprawdę zawinęliśmy nasz brutalowy stragan do domu na pół dnia z powodu koszmarnej burzy (nie ma to, jak mieszkać 50 km od festiwalu) by wrócić na dwa koncerty, ale za to jakie: Carcass, który w line-up wskoczył w ostatniej chwili w miejsce odwołanego Morbid Angel i Electric Wizard. Carcass Jeffreya Walkera na żywo po prostu słucha i ogląda się sympatycznie, co nie zmienia faktu, że sam skład sprawia wrażenie trochę wypalonego. Ale to przecież część twórców „Heartwork”, najwspanialszej płyty w dziejach melodyjnego death metalu. Na ten materiał zawsze czekam, jak i na grindową przeszłość pod szyldem „Necroticism” czy „Symphonies Of Sickness”. Klasyka gatunku, do której zawsze dobrze wrócić. Electric Wizard, mój ich piąty koncert w sumie, trzeci w tym roku. Piąty z identyczną setlistą na przestrzeni 6 lat, ale czy to ważne, jeśli wyhaczenie EW live to wyczyn, a każdy utwór miażdży sabbathowym riffem i stonerowym etosem? Biorę na klatę każdą możliwość styczności z tym dziełem - w końcu "Legalise Drugs & Murder"!

Brutal Assault 2017 - Tiamat

W sobotę do historii przeszedł (i to dosłownie) Tiamat. „Wildhoney” okazało się jakimś dzikim miodem halucynogennym głównie za sprawą stanu świadomości Johana Edlunda, który odleciał w bliżej nieznanym kierunku. Nie można mówić o upadku zespołu, który na dobrą sprawę od dawna istnieje tylko teoretycznie, co w praktyce potwierdził ten występ. Jedna z ważniejszych grup metalu klimatycznego odeszła z tego łez padłu i lepiej zostawić to bez komentarza. Devin Towsend Project, to dla mnie jeden utwór - „Deadhead”. Zawsze na niego czekam i po nim mogę sobie żyć własnym życiem, co i uczyniłem tym razem. Gdzieś obok w między czasie przeleciał melodyjny i przebojowy Amorphis. Demolition Hammer w brutalnym thrashu z dawnych lat, wpadającym w pierwsze wyziewy death metalu, to było zjawisko, które rozsierdziło Brutalowi scenę tego dnia (wiele bardziej, niż np. nasz Decapitated). Oathbreaker i Architects zmęczyły – generalnie nie lubię, gdy ktoś na mnie krzyczy. Na koniec zostawiłem sobie dwie wybitne, a jakże różne, fajne rzeczy – Furię i Gutalax na Metal Stage. Pierwszy na pół gwizdka (pokryli się z Mayhem), bowiem za tydzień w pełni okazałości wystąpią w Wałbrzychu na festiwalu Metal Mine (tak, trzeba tam być!), drugi w ramach rekompensaty za odpuszczenie tegorocznej edycji Obscena Extreme, której grindowo-klozetowy Gutalax jest naturalnym tworzywem. Furia usypiała wprowadzając w psychodeliczne, rozmarzone stany, Gutalax zaserwował głośną, ekstremalną zabawę (zresztą idealną na zakończenie imprezy).


Brutal Assault to nie tylko muzyka. Na stoisku Mad Lion uzupełniłem braki w koszulkach. Zaciesz wypełnił moją płytotekę czeskim Spasmem. W Eboli zakupiłem nietuzinkowe kubki, które długo będą straszyć gości. U Niemców dorwałem przecenione wydania SPV Monster Magnet i Saxon. W kinie zaliczyłem „The Keep” – „Twierdzę”. Wspomnę pyszne wegańskie jedzenie (w przeciwieństwie do czeskich klasyków, langoszy i serów, które w tym roku wypadły paskudnie i drogo) i piwo – rządził Radegast, Pilsner i Kozel. Nie była to jakoś specjalnie wybitna edycja Brutala, ale i tak należało na niej być – tak samo, jak i na każdej następnej.

Brutal Assault 2017 -  Malignant Tumour

PS. Wymienione kapele, to oczywiście nie wszystkie, jakie widzieliśmy na tym Brutalu. Dlatego tym razem zainwestowałem w drugiego redaktora, którego tekst ukaże się niebawem. Nie da się zobaczyć i opisać wszystkiego, jeśli przez 4 sceny w 4 dni przewija się ponad setka koncertów. Jeszcze tylko Malignant Tumour i Possessed na małej scenie. Pierwszy z motorheadowym kopytem rośnie na sporą czeską gwiazdę, drugi przeżywa swój renesans. Obydwa są pozycją obowiązkową ekstremalnej muzyki dla ekstremalnych ludzi.
Paweł Kuncewicz

Dodaj komentarz

Pamiętaj aby przestrzegać Regulaminu dodawania komentarzy

Kod antyspamowy
Odśwież