Drukuj

fot. Krzysztof Wakor

Za nami kolejna edycja największego „polskiego” festiwalu w Czechach, czyli czterodniowej, metalowej rzeźni zwanej Brutal Assault. Polskiego, bo statystyka jest nieubłagana. W Czechach żyje 10 mln ludzi, w Polsce 40, festiwal odbywa się 40 km od granicy, więc wnioski co roku są podobne – więcej tam „swoich”. Do tego dochodzi absolutny brak takiej imprezy w naszym kraju, więc najazd rodaków jest czymś nieuniknionym.



Wielką zaletą Brutal Assault niewątpliwie jest to, że festiwal jest po prostu tani i mały – przetoczyłem się w tym roku po molochach Hellfest i Wacken, gdzie trzeba płacić za wszystko srogo w euro i stwierdziłem, że nie ma przyjaźniejszego portfelowi festiwalu od Brutala, na którym godnie przeżyć przez 4 dni da się na spokojnie – za niewielką gotówkę karmią Wietnamczycy (pyszne sajgonki i makarony), Czesi w miejskich restauracją serwują swoje smażone sery i knedliki, a na samym festiwalu spożywać można piwo, którego cena nie przekracza w przeliczeniu 5 zł (a nie 5 euro). I oczywiście, co najważniejsze - zestaw zespołów na trzech scenach jest w większości ten sam, jaki przetacza się każdego lata po wielu europejskich spędach. Czyli na upartego wcale nie trzeba wydawać dwóch miesięcznych wypłat i gnać na koniec kontynentu, żeby obejrzeć sobie światowej rangi wydarzenie, bo niewątpliwie jest takim też Brutal Assault.

Środa dla wielu zaczęła się tragicznie od utknięcia w gigantycznej kolejce do centrum wymiany biletów na opaski. Spadł deszcz, na bramkach padł internet, co uniemożliwiało skanowanie kodów kreskowych, a przecież grały już pierwsze zespoły… Brutal zawsze słynął ze sprawnej organizacji, ale tym razem to nie tak miało być.

Zdążyliśmy na Tribulation. Ależ ten band się rozwinął od czasu, gdy pierwszy raz widziałem go na trasie z Behemoth. Praktycznie cały set składał się z utworów z ostatniej płyty „The Children Of The Night”, rzeczy progresywnej, klimatycznej. Scenicznie Tribulation nadrabiają imagem zaczerpniętym chyba najbardziej ze starych horrorów wytwórni Hammer, czyli dużo wampiryzmu w połączeniu z najlepszymi wątkami klasycznego metalu – od drugiej płyty kupiłem to w całości i tak pozostało. Dla mnie zdecydowanie jeden z ważniejszych zespołów ostatnich lat.

Zestawem, który w środę zebrał największą widownię był Mastodon i Abbath. Pierwsi wiele pewniej siebie czują się w studio nagraniowym, niż na scenie. Mastodon jest mocnym, profesjonalnym zespołem, na ich płytach można trafić prawdziwe perły, ale na żywo jest to przede wszystkim trudna do zagrania, gitarowa muzyka do tego z trzema wokalami. Nigdy nie miałem okazji odebrania tego w warunkach klubowych (bo tam jest najbardziej odpowiednie miejsce dla Mastodon), ale na festiwalu te zlewające się ze sobą niuanse, detale -  nie to nie ma prawa brzmieć klarownie. Przyznać im za to trzeba, że przynajmniej przyłożyli się do solidnego setu, chociaż nie w 100% satysfakcjonującego. Zabrzmiało 14 utworów w większości z promowanej LP „Once More ’Round The Sun” i po jednym, dwóch kawałkach z pozostałych płyt.

Abbathowi, który jest aktualnie niekwestionowaną ozdobą festiwali, Brutalowa twierdza nie jest żadną nowością. Dwukrotnie występował na niej z Immortal, którego muzyka zajęła tym razem 2/3 jego prezentacji. Widziałem projekt Abbatha trzeci raz w tym roku i muszę to potwierdzić – najlepiej przyjęty został teraz w Czechach, gdzie publiczność idealnie złapała te black’n’rollowe jaja. Może dlatego, bo Brutal Assault to też zabawa i luźne podchodzenie do wielu tematów, a nie tylko sztywne oglądanie koncertów po kolei według ramówki, ale w każdym razie kontakt Abbatha z publiką złapany został dopiero tutaj w pełni. Do późnych godzin porannych słychać było na polu namiotowym okrzyki „ABBATH!”, więc to powinno najlepiej świadczyć samo za siebie o Brutalowym zwycięstwie tegoż artysty.

Na koniec zagrała Chelsea Wolfe. A zagrała właśnie taką muzykę, o jakiej wprost marzyłem, jako o soundtracku do opuszczenia fortecy po żywiołowym show Abbatha. Ciekawa artystka, na pewno warto się nią zainteresować, ale na spokojnie w domu, a niekoniecznie wtedy, gdy wzywa noc pełna zabawy, rozmów i poznawania nowych ludzi.

W czwartek wystartowaliśmy od Obscury, na którą zawsze zmierzam w związku z utworem „Centric Flow” kończącym ich występy. Solidny kawał dźwięku. Animals As Leaders są specyficzni, ale bardzo doceniani w pewnych kręgach progresywnych. Jednak szału na festiwalu grając w godzinach popołudniowych nie zrobili, to samo zaraz po nich Aborted, który kilka metrów od nagłośnienia brzmiał, jak maszyna w fabryce, czyli dość nieprzyjemnie. W Exodus zmiana wokalisty była jednym z największych błędów. Ostatnio na Brutalu Rob Dukes niemalże zabił, tymczasem obecną formę legendy thrashu pragnąłbym zostawić bez komentarza.

Sensacją dnia była Gojira. Ilekroć ktoś mówi, że nowa płyta jakiegoś zespołu, którego nie trawię jest cienka, tyle razy jest to dla mnie sygnał, żeby koniecznie tym zespołem się zainteresować. I tak stało się niedawno za sprawą krążka zatytułowanego „Magma”. Chociaż zagrali z niego stosunkowo niewiele, to występ i tak stanął pod jego znakiem – było ciężko, mrocznie, perkusja chodziła jak z kałacha, ale wszędzie słychać było przede wszystkim melodię, która tak zdominowała ten rewelacyjny album.

Septicflesh i Moonspell, czyli giganci wędrowania po mrocznych zakamarkach ludzkich (i nieludzkich) dusz starli się obok siebie na jednej scenie w piątek. Pierwsi jeszcze w słońcu zmiażdżyli serią swoich największych pogrobowców: „Communion”, „The Vampire  From Nazareth”, „Lovecraft's Death”, „Anubis”, „Prometheus”. Z głównie damskiej części publiczności dosłownie nie było czego zbierać. Jak na Moonspell przystało – w pełni księżyca czarował specjalnym setem – zaczęli od ostatniej płyty, czy The Sisters Of Mercy bis, żeby potem wykonać praktycznie połowę albumu obchodzącego swoje dwudziestolecie, czyli „Irreligious” przeciętego sporym fragmentem „Wolfheart” składającego się z: „Vampiria”, „Ataegina” i „Alma Mater”.

Byłem pewien obaw o „Nemesis Divina” show Satyricon. Zespół od dawna musi mieć chyba jakieś problemy ze zgraniem, brzmieniem, centralnie z całokształtem, co widać na wielu ich koncertach, jakie przyszło mi oglądać w ostatnich latach. Kryzys twórczy może dopaść każdego, ale ten się ciągnie zdecydowanie za długo. Odegranie klasyka sprzed lat mogło Satyricon albo pogrążyć albo uratować. Tu niestety nie poszło im kolejny raz. Generalnie grali, jakby nie za bardzo wiedzieli po co i do czego mają zmierzać. Set nieco uratowały black’n’rollowe hity z „K.I.N.G.” „Fuel For Hatred” i „The Pentagram Burns” na czele, ale całość jako taka sprawiała umiarkowane i chłodne odczucia.

Za to co innego Arch Enemy. Alissa White-Gluz plus dwóch mistrzów metalowej gitary robią totalny pogrom. Każdy narzekający na nowy wokal Arch Enemy powinien zarobić kartoflem w japę za ignorancję. Pani tworzy spektakl jak marzenie, jest żywiołowo, heavy metalowo, z polotem, który porwał wszystkich oglądających to widowisko.

W sobotę czekaliśmy na wielką trójcę przenajświętszą festiwalu, czyli Behemoth, Destruction i Mgłę. Ten pierwszy wystartował i… Oglądałem concept płyty „The Satanist” odgrywanej w całości na żywo w lutym w Pradze i tam w klubie ryło to beret. Tutaj na festiwalu, gdzie publiczność raczej oczekiwała behemothowej klasyki ta formuła po prostu znudziła. Co innego Mgła. Największa publiczność, najlepszy czas i materiał z „With Hearts Toward None” i „Exercises In Futility”, czyli z płyt, które w XXI wieku na nowo zdefiniowały black metal i wytyczyły nowe ścieżki w tym zastałym gatunku powiedziały same za siebie – kto wie, czy Mgła w ogóle nie była największym wydarzeniem Brutal Assault 2016.

Na koniec zostawiłem sobie przyjemność zrecenzowania Destruction grającego pomiędzy polskim młotem, a kowadłem, czyli między Behemoth i Mgłą – ich prymitywny, ale pyszny jak schabowy z rosołem w niedzielę thrash pokazał skąd metal się wykluł. Ze zgniłego gdzieś w Niemczech w latach 80. jaja, którego odór zainspirował całe rzesze innych zespołów – bez czego nie byłoby teraz ani Mgły ani Behemoth. Zabawna lekcja historii, która zatoczyła koło.

Poza wyżej wymienionymi zespołami obejrzałem masę innych: sympatyczny Agnostic Frost, miażdżące trio Dying Fetus, sunący ze sceny, jak łajba wikingów klimatyczny Moonsorrow, Ufomammut, czyli substytut odwołanego Electric Wizard, którego sprowadzenie, to jednak cud. Obituary, Coroner, Ministry… Było tego tyle, że spokojnie można naładować baterie do przyszłego roku w oczekiwaniu na następnego Brutala.

Udana edycja festiwalu, nieco zepsuta przez pogodę i elektronikę (wymiana żetonów na opaski z chipem i związane z tym kolejki – porażka, ale te błędy są akurat do naprawiania), ale też i wtórna – mam wrażenie, że na kolejnych Brutalach ciągle oglądam jedne i te same zespoły. Może za rok uda się czymś zaskoczyć, bo w tym było trochę zbyt przewidywalnie, chociaż zabawowo Brutal nadal bez zmian – jest po prostu najlepszy pod tym względem.

Brutal Assault